czwartek, 26 czerwca 2014

One Shot:"Najjaśniejsza gwiazda" | Autor: Teddy



W tym ro­ku jes­tem gwiazdą, ale kim będę w następnym? Czarną dziurą?  - Woody Allen

Jesteś ciemnością. Pustką. Głęboką otchłanią. Coś jak czarna dziura.
- Jestem czarną dziurą. - Każde słowo zawierało inną nutę. Żalu, złości, rozpaczy.
"Jestem" takie żałosne.
"Czarną" jakby nie było mnie stać na choć kroplę koloru tęczy.
"Dziurą". Jak to jest być dziurą? W dziury ludzie wpadają i chcą się z nich wydostać.
Idealne ostrzeżenie dla ludzi. Ktoś powie "Cześć, jestem Sophie", a ja odpowiem "Hej, miło mi cię poznać. Ja jestem czarną dziurą".
- Co to czarna dziura? - usłyszałam cieniutki głosik za sobą. Przygryzłam wargę. Mała Christina. Ciekawska świata, urocza, ma delikatny głosik i kocham ją najmocniej na świecie. Nawet nie wie jak bardzo ją kocham, a tej miłości jest bardzo dużo, bo mam tylko ją. Każdego dnia staram się, aby miała dobre dzieciństwo. "Dobre". To chyba złe słowo. "Aby nie rozwalić jej dzieciństwa bardziej" jest chyba lepsze.
To zabawne jak dzieci tak mało rozumieją, ale czują bardziej. Jedyna ciotka chciała się podszywać pod jej matkę. Christina wbrew pozorom jest mądrzejsza od tych wszystkich głupich ludzi. Sama ją podziwiam, a ma ledwo siedem lat.
Czasami ona ma koszmary, a czasami ja mam.
Oczywiście to bzdura, którą jej wmawiam. Każdego dnia śni mi się to samo, ten sam ból, każdego dnia budzę się z dreszczami i ostrym bólem w gardle. Jakby... ktoś mnie dusił. Nie chcę nic mówić, nie cieszę sie z tego faktu, ale mam wrażenie, że rodzice nie zniknęli ot tak. To ma jakiś głębszy sens. "Zniknęli". Sama siebie oszukuję, ale tak mi po prostu łatwiej. Łatwiej, okej?
- Czarna dziura, Chris, jest we Wszechświecie. - Zobaczyłam ten znajomy błysk w jej oku. Kochała kosmos. Ma siedem lat. Ciekawska świata. Mówiłam juz o tym? Jest moim Słońcem, chociaż moje stwierdzenie się z tym gryzie, bo czarna dziura pochłania światło. Sama nie wiem w co wierzyć, ale czasami naprawdę myślę, że pochłaniam jej radość. Nie znoszę tego. Po prostu jestem smutna i wciąż czuję tą pustkę. Tylko ona mi daje radość, ale w ostatnim czasie tęsknota za rodzicami bardzo mi doskwiera. Jest mi ciężko i czasami tracę wszelką nadzieję, że uda mi się tak dalej żyć. Czasami budzę się z tego koszmaru i jestem cholernie na nich zła. Zła, że mnie z nią zostawili. Muszę być za nią odpowiedzialna, a ledwo co jestem już dorosła. Nie jestem dorosła. Nie czuję się tak. Emocjonalnie nie jestem dorosła. Co z tego, że mam osiemnaście lat.
Ale wtedy uświadamiam sobie, że gdyby Chris nie było to mnie by nie było. Ona sprawiła, że się nie stoczyłam i mam czym się martwić. Nie myślę o tym aż tak często. Dzięki niej.
Czasami też zastanawiam się, co bym teraz robiła, gdyby rodzice byli tu ze mną. Nadal.
To wszystko się kończy jednym - oglądaniem zdjęć i "wodą w oczach". Alergia. Na kurz. Powiedzmy.
Chris chwilę się mi przyglądała. Patrzyła na mnie tymi swoimi wielkimi niebieskimi oczami.
- Jesteś najjaśniejszą gwiazdą na niebie, Lu - powiedziała po chwili i uśmiechnęła.
Ja tylko otworzyłam lekko buzię, kiedy dotarł do mnie sens słów. Zanim zdołałam cokolwiek powiedzieć, ta w podskokach opuściła pokój. Uśmiechnęłam się tylko pod nosem i zadzwoniłam do koleżanki Natalii, która robiła czasami za nianię Chris. Ona ją lubi. Ja ją lubię. Wszyscy szczęśliwi. A ja muszę gdzieś wyjść, więc jest mi pilnie potrzebna.

Szłam przez uliczki Madrytu uśmiechając się do przypadkowych osób. Tak już mam. Nie wiem. Dlaczego. Słowa...
Ja?
Najjaśniejszą gwiazdą?
Żart nad żartami, ale co on robi z moją siostrą?
Ma na imię Federico. Wysoki, przystojny Włoch, rozmawia z moją siostrą o kosmosie. To jej taki przyjaciel. Mój też. No, chyba... Pomagał mi czasami. Poznałam go z Chris w planetarium. Od razu mu zaufała. Od razu złapał z nią kontakty. A pamiętam, że to był ciężki okres w naszym życiu. Jego początek. Wciąż nie wiem kiedy on się skończy. I czy kiedyś się skończy. Czasem jest lepiej. Ale czasem jestem na skraju psychicznego i fizycznego załamania.
Tego samego dnia, co "siostry Ferro" spotkały Federico'a, ten zaczął od razu dyskutować z sześciolatką o kosmosie. Z sześciolatką. Wtedy mnie jej inteligencja poraziła. Ale nie o to chodzi. W pewnym momencie, Włoch wyprosotwał się, spojrzał w moje oczy i powiedział:

- Stać naprzeciwko ciebie to... jak kosmos. Jesteś jedną z najjaśniejszych gwiazd.

- Wciąż tak się czuję - usłyszałam szept w prawym uchu i gwałtownie podskoczyłam.
- Federico - syknęłam, a on się uśmiechnął.
- Tak?
- Chris... Mówiłeś... Coś o mnie? Czy...?
- Tylko prawdę. - Zaśmiał się.
Wciągnęłam głęboko powietrze. Poczułam zapach świezego chleba. Staliśmy przy piekarni rodziny Federico. Sama nie zauważyłam, kiedy tu doszłam.
Świadomie, nieświadomie, blisko niego...
- Nie mów jej o mnie. Proszę.
- Ale dlaczego?
Westchnęłam i przymknęłam na chwilę powieki. Powinnam się dalej cieszyć, jak się cieszyłam kilka minut temu, ale trzeba się obudzić z tego snu, prawda? Prawda?
- Po prostu. Nie mów.
- Przepraszam.
- Nie masz za co.
- Mam - powiedział twardym tonem. Jak nie on. - Byłaś radosna, a znowu jesteś smutna. Przeze mnie.
- Nie, Fede. To nie tak.
- A jak? Lu, widzę co się dzieje.
- Nie. Nikt nie widzi. Nikt nie jest w stanie zrozumieć. - Głos mi się załamywał.
- Nawet ja?
- Nawet ty.
Zobaczyłam jak zaciska wargi.
- Pozwól mi sobie pomóc.
Położył swoją dłoń na moim policzku i przejechał po nim swoim kciukiem.
- Jest mi trudno, Fede - szepnęłam.
- Wiem.
- Dlatego nastrój mi się zmienia. Budzę się ze snu. Minął ponad rok, Fede... Ja nie daję rady. Każdy dzień jest taki sam - załkałam. Moje oczy wypełniły łzy. Tysiątki łez. Znowu. - Alergia... - szepnęłam.
Federico spojrzał w moje zapłakane oczy i mocno mnie do siebie przyciągnął. Przytulił mnie tak, że bardziej chyba się nie dało. Jeszcze trochę, a by mnie udusił. Może chciałam tego. Aby mnie udusił. Ktoś miły, znajomy mnie dusi w jakże piękne popułudnie pod jego rodzinnym biznesem. Bredzę, bredzę. Wiem to. Objęłam go wokół szyi, a oczy przycisnęłam do jego policzka. Ciepłego policzka. Moje łzy. Poczułam jego dotyk na moich włosach, a potem jak mi szepcze do ucha:
- Będzie dobrze.
Zawsze "będzie dobrze", ale w tym momencie te słowa nabrały jakiejś szczególnej siły.
Nie wiem ile tak staliśmy. Nie pamiętam. Myślę... Myślę, że chciałam, aby ta chwila trwała wieczność.

Kiedy mnie puścił, chwycił moją rękę i zaczął ciągnąć w nieznaną mi stronę.
- Od kiedy koło targu jest uliczka? - zapytałam.
- Od zawsze - odpowiedział roześmianym głosem. Uśmiechnęłam się od nosem i spróbowałam opróżnić swój umysł. Myślenie o tym, jak jest ciężko w niczym mi nie pomoże.
- Gdzie my idziemy? - odezwałam się nagle, a potem ugryzłam w język. "My" zabrzmiało jakbyśmy byli parą czy coś w tym stylu.
- Niespodzianka.
- Nie lubię niespodzianek.
- Lubisz. - To prawda. - Zamknij oczy - powiedział nagle.
- Co? Po co? Nie! - zaczęłam się sprzeciwiać.
- Nie ufasz mi?
Już otworzyłam buzię, aby coś odpowiedzieć ale po chwili po prostu zamknęłam powieki. Choć nic nie widziałam, czułam, że się uśmiecha. Może jestem wiedźmą?
Fede prowadził mnie po jakiś schodach. Może chce mnie zrzucić z wieży? Na pewno, Lu. Trzymał mnie delikatnie, a jednocześnie mocno (pewnie tak się nie da, ale takie miałam odczucie) za dłonie, abym nie spadła. Kiedy się zatrzymaliśmy, poczułam powiew powietrza.
- Federico? - zapytałam, ale nie otrzymałam odpowiedzi. - Fede? - powtórzyłam. Znowu to samo.
Podniosłam powieki.
- Taaa-daam! - Federico stał przede mną i machał rękoma. Zaśmiałam się.
- Gdzie jesteśmy?
- W miejscu, w którym możesz się poczuć jak ptak! Wolny ptak!
- Na dachu? - zapytałam, rozglądając się.
- Psujesz, Lu, psujesz - powiedział kręcąc głową. Uśmiechnęłam się lekko.
Gdyby ktoś teraz zapytał, kim dla mnie jest Federico... chyba nie umiałabym odpowiedzieć.
- Chodź bliżej - zachęcił mnie chłopak, chwytając mnie za dłoń. - Tylko ostrożnie - dodał. - Oto widok na cały...
- Madryt - dokończyłam zszokowana. Kocham to miasto. Wiem, że ma swój urok, ale tutaj... Widok nie do opisania...
Stojąc na dachu... Patrzeć z takiej wysokości... Federico ma rację, to jak byc wolnym. Znikają problemy...
- Lu...
- Dziękuję. - Dostrzegłam na jego twarzy uśmiech. Odwróciłam się w jego stronę. - Naprawdę.
Podszedł tak blisko, że czułam jego oddech na mojej szyi. Widziałam dokładne rysy jego twarzy, promienny uśmiech, potargane od wiatru ciemne włosy... Brązowe oczy. Jak... czekolada. Dosłownie. Kto by nie chciał utonąć w czekoladzie? A kto by nie chciał utonąć w jego oczach...
Nachylił się nade mną.
- Fede... - wyjąkałam, ale albo nie usłyszał, albo sie tym nie przejął.
Przycisnął swoje usta do moich warg i zaczął delikatnie mnie całować. Poczułam jak moje całe ciało ogarnia miła fala ciepła. "Wolny ptak". "Najjaśniejszą z gwiazd". To nie tylko słowa. One mają znaczenie, głębsze znaczenie. Federico położył dłoń na moim policzku, a ja przeczesałam ręką jego włosy. Przechylił swoją głowę, aby pocałować mnie głębiej. "Możesz się poczuć jak ptak". Czułam się, jakbym mogła spokojnie skoczyć z dachu i wznieśc się, jakbym miała skrzydła.
Nie tylko oczy Fede są jak czekolada. On sam jest jak czekolada, ale nie jak z wyglądu. Spróbujesz, chcesz więcej. Poznasz Federico'a, chcesz go poznać bardziej.
Delikatnie go od siebie odsunęłam i spuściłam głowę.
- Przepraszam - usłyszałam i spojrzałam w stronę miasta. W okolicy nad jednym z domów unosił się dym. Unisołam wzrok i zmarszczyłam brwi. - Lu? Przepraszam... Ja... - Znam ten budynek. - Nawet nie wiesz jak bardzo mi na tobie zależy...
Wydałam z siebie zduszony okrzyk.
- Christina! Chris! - krzyknęłam w rozpaczy i dopiero wtedy spojrzałam na Federico'a. - Dom... Pali się... - Upadłam na kolana. Łzy zaczęły mi wypływać z oczu. Muszę tam biec.
Nie mam siły... Nie jestem w stanie.
- Ludmiła!
Zagryzłam wargę i jakoś się podniosłam. Podeszłam do krawędzi dachu i przymknęłam oczy.
- Żegnaj, Federico - wymamrotałam, a po chwili poczułam ból.
Dosłownie mnie powalił do tyłu.
- Oszalałaś! - zaczął się wydzierać. - Nic jej nie będzie! Wstawaj! - Pokiwałam głową. Nie chcę. Chcę. Nie. Nie chcę, ale muszę. Chwyciłam rękę, którą mi podał Federico i oboje opuściliśmy budynek w szybkości światła.
Biegliśmy jak oszalali w kierunku domu, ale z każdą mijaną uliczką chciałam wracać.
Bałam się najgorszego. Że coś się stało i Christina... Ona też mnie opuści. W ten sam sposób...
- Nie chcę, Fede... - jęknęłam, ale on tylko mocno chwycił mnie za rękę i zaczął mnie ciągnąć, a przez to, że bardzo szybko biegł, też musiałam, bo bym się zaraz wywaliła.
Będzie dobrze. Chris nic nie jest.
- To moja wina! - krzyknęłam. - Gdybym nie wychodziła...
- Ludmiła! - Federico chwycił moje ramiona i mną lekko potrząsnął. - Na pewno się ewakuowały - powiedział spokojnym głosem, ale wiedziałam, że nie ma stuprocentowej pewnosci. Nigdy nie można jej mieć.
- Rodzice nie zdążyli - powiedziałam cicho, a on smutno na mnie spojrzał.
- Chodź. - Dalej mnie ciągnął w stronę budynku.
Kiedy dobiegliśmy na miejsce, zaczęłam nerwowo szukać wzrokiem Chris.
- Nie ma jej! Nie ma jej, Federico! - Zakryłam usta dłonią i dalej płakałam. Objął mnie lekko ramieniem, ale po chwili pobiegł w stronę strażaka. Ruszyłam za nim.
- Nie można wejść do budynku - powiedział strażak. - Są w nim jeszcze ludzie.
- Kto?
- Dwunastoletni chłopiec, po którego poszli i młoda kobieta z siedmioletnią dziewczynką... - Poczułam znajomy ucisk w gardle. Ten, z kórym co dzień się budzę.
- Ewakuujecie je? - zapytał Federico.
- Nie wiem. Jest...
- Jak to pan nie wie?! - wydarł się. - To ludzkie życie!
- Jest niebezpiecznie...
- A jak ma być?!
- Proszę o spokój... - wtrącił się policjant.
Czułam jak... umieram. Nienawidzę ognia... Stracę całą rodzinę... W ogniu...
Federico spojrzał na mnie i podszedł do mnie.
- Drugie piętro, trzecie okno, tak? - zapytał.
- Po co ci to? - wymamrotałam przez łzy.
- Idę tam - powiedział nagle. - Jak oni...
- Nie.
- Lu, idę...
- Nie - powtórzyłam i zacisnęłam wargi.
- Dlaczego? - Spojrzał mi w oczy. - Tam jest...
- Christina. Tak, wiem.- Zacisnęłam pięści. - Ale nie mam gwarancji, że stamtąd wyjdziesz.
- Ale...
- Po prostu zostań.... Dowiedz się czegoś... - powiedziałam tak spokojnym głosem, że sama się sobie dziwię. Może dlatego, że miałam tak szalony plan... - Zapytaj jeszcze raz... Gaszą pożar... - Pokiwał głową..
- Obiecaj mi, że tu zostaniesz.
- Co?
- Obiecaj mi, że nigdzie się nie ruszysz i tu zostaniesz. - Chwycił moją dłoń, a ja zamarłam.
- Dobrze...
- Obiecaj.
- Obiecuję.
Przymrużył oczy, opuścił moją dłoń i podbiegł do strażaka.
- Wybacz, Federico - szepnęłam
Wzięłam głęboki oddech, oceniłam sytuację i pobiegłam do innej strony budynku. Zwinnie prześlizgnęłam się przez taśmę  i ominęłam ludzi.
Nikt mnie nie zauważył. A czy na szczęście... Później to wyjdzie.
Weszłam przez piwnicę do budynku. Nikogo nie było, było czuć trochę dymu. Kiedy wyszłam na klatkę schodową, zakręciło mi się w głowie. Nie było nic widać. Zakryłam dłonią usta i starałam się oddychać przez nos. Wbiegłam po schodach na drugie piętro.
Stamtąd wydobywał się dym... Miałam ochotę zacząć krzyczeć. Nie mogę jej stracić. Nie mogę. I to w ten sam sposób...
Drzwi do mieszkania płonęły. Dosłownie. Języki ognia otaczały wejście do niegdyś bezpiecznego miejsca. Strażacy próbowali ugasić ogień, ale to szło zbyt wolno, bo w środku się paliło.
Nie ma ratunku. Nie ma. Nie ma. Znowu.
- Co pani tu robi? - usłyszałam.
Kolana mi się ugięły.

Odgłos syren wozu strażackiego.

Upadłam na ziemię.

Pędęm zaczęłam wracać do domu.

Nie miałam siły.

Zaczęłam szukać rodziców.

Dym jakby wypełnił mi całą podświadomość...

- Pożar zaatakował dwa mieszkania, z których nikt nie wyszedł. Ogień jest zbyt duży. Numery tych mieszkań to 11 i 12 - powiedział strażak.

Ja mieszkałam z rodzicami w mieszkaniu numer 12.
- Ludmiła!

- Nie żyją.

Ogień.

Smutny wzrok sąsiadki

- Lu!

- Będę twoją nową mamą - słodziutki głosik ciotki, która nas nienawidziła. Nagle się pojawiła.

- Ludmiła...

- Kiedy rodzice wrócą? - Mała Chris patrzyła się na mnie swoimi dużymi oczami.

Nigdy.
- Ja wezmę małą, błagam uratujcie Lu - usłyszałam żałość i rozpacz w głosie.
- Federico? - szepnęłam cicho chrypliwym głosem i rozchyliłam powieki.
Widziałam tylko ogień. Zaczęłam kaszleć i się dusić. Coś mnie chyba walnęło, bo poczułam ostry ból brzucha i ręki. Nie czułam prawie nóg.
Nie czułam już nic.
- Ty i ja na jednej planecie...
Czułam jak moje powieki się zamykają.

niedziela, 2 lutego 2014

Epilog


Violetta spojrzała w lustro i zaczęła dokładnie się sobie przyglądać. To już nie była ta sama dziewczyna co ostatnio.
Teraz była gwiazdą.
Na jej koncerty przychodziły tłumy.
Zdobyła to, o czym marzyła.
Jest dorosła.
Tata jej niczego nie może zabronić.
Ma fanów, którzy śledzą każdy jej krok.
Którzy chcą być jak ona.

Nagle usłyszała dzwonek telefonu. Odeszła od lustra i wzięła dzwoniące urządzenie do ręki. Federico. Po raz kolejny odrzuciła połączenie i rzuciła komórkę na kanapę. Tak trudno im zrozumieć? Nie chce wracać do Buenos Aires. Nawet na jeden dzień. Nawet jak to był najważniejszy dzień w życiu jej taty. Już to przeżywał, kiedy żyła jej mama...
- Powinnaś jechać - zasugerował jej Francisco stojąc w drzwiach, a ona surowo na niego spojrzała.
- A koncert? - zapytała. - Ty też występujesz.
- Słuchaj. Oboje wiemy, że jeszcze zdążymy. Po prostu sobie odpuścić gwiazdorstwo po ostatniej piosence, jedziemy na lotnisko i jesteśmy na czas w Buenos Aires.
- Nic nie rozumiesz - warknęła.
- A właśnie, że rozumiem. Masz prywatny samolot, pilota. - Zaśmiał się. - Wiesz, możesz nawet helikopterem lecieć. Ty po prostu musisz chcieć. Dlaczego taka jesteś?
- Jaka? Sławna? - zapytała z pretensją w głosie.
- Nie jesteś już dawną Violettą. Tamtego dnia zmieniłaś się. Ale nie na zawsze.
- Nie wiem o czym mówisz - rzuciła, a jej telefon znowu zaczął dzwonić.
- Odbierz. Przecież wiesz, że to Federico. Masz mu za złe, że on wrócił a Leon nie? - Wzdrygnęła się, a on podszedł do jakiejś szafki i nagle wyciągnął pudełko.
- Co to? - zapytała odrzucając połączenie.
Francisco tylko podniósł na górę pokrywę i wyjął pozytywkę w kształcie fortepianu. Po chwili usłyszała melodie do "En Mi Mundo" i zacisnęła powieki.
- Wyłącz to - warknęła i wybiegła z garderoby.

Wszyscy na nią patrzyli jak z rozmazanym od łez tuszem biegnie przez korytarz. Słyszała tylko szepty:
- Violetta Castillo.
Tak, jestem nią, powiedziała cicho w myślach i wpadła na jakąś dziewczynę.
- Viola! - krzyknęła, a brunetka podniosła na nią wzrok. Jakaś fanka, pomyślała.
- Autografy rozdaję po koncercie - rzuciła i już chciała iść, ale dziewczyna nie dawała za wygraną.
- Violu, nie pamiętasz mnie?
- Ja... - chciała już wytłumaczyć, że nie zna jej, ale po chwili ją rozpoznała. - Francesca? - zapytała, a zadowolona Włoszka kiwnęła głową. - Co ty tu robisz?
- Przyjechałam. Na twój koncert. Madryt był po drodze do Buenos Aires, więc pomyślałam, że.... - zaczęła tłumaczyć, ale nie dokończyła.
- Co u ciebie? - zapytała po chwili i próbowała się uśmiechnąć. - I jak cię tu w sumie wpuścili?
- Francisco - odpowiedziała. - A u mnie dobrze. Wydałam ostatnio własną płytę...
- Cieszę się.
- Violu, jedź - szepnęła Włoszka. - Twój tata... Nasi przyjaciele... Wszyscy tam będą.
- Nie wszyscy - odpowiedziała patrząc na nią pustymi oczami, które nie były już wypełnione radością tak jak kiedyś. Nie było w nim nawet smutku i żalu. Jedyne co dla niej się liczyło kariera. Po tym jak została gwiazdą You-Mix'u szybko zdobyła sławę. Po skończeniu 18 lat od razu wyjechała. Zostawiła wszystko i wszystkich. Zabrała ze sobą swojego kuzyna, który chciał podróżować po świecie i grać. Był idealny na jej osobę towarzyszącą. Na początku ją wspierał, ale dziewczyna po jakimś czasie oddaliła się i od niego, wmawiając sobie, że to jej życie i nikt nie będzie się wtrącał.
Teraz stała i patrzyła na byłą przyjaciółkę. Po chwili pokiwała głową i niewyraźnie szepnęła:
- Federico.
Francesca od razu zrozumiała i obie poszły do Francisco'a.

Po niecałej godzinie Violetta siedziała już w helikopterze i ślepo patrzyła jak opuszczają Madryt. Kiedyś tu dłużej mieszkała, niż tylko dwa dni i kiedyś tu jej babcia Angelika miała swój dom dopóki nie przeprowadziła się do Paryża.
Francja. Pablo. Angie. Angelika.
Włochy. Francesca. Federico. Leon.
Hiszpania. Diego. Naty. Francisco.
Przymknęła oczy i po chwili poczuła jak ktoś jej wkłada do dłoni. To była Francesca. Podawała jej iPoda.
- Posłuchaj - powiedziała cicho i wróciła na swoje miejsce.
Violetta niepewnie włożyła słuchawki i znowu zamknęła powieki. Po chwili usłyszała w nich jak uczniowie Studio'a i ona, Violetta, śpiewają "Ser Mejor":

Hay algo que tal vez deba decirte

Es algo que te hace muy, muy bien
Se siente tan real, está en tu mente
Y dime si eres quien tu quieres ser

Tómame la mano, ven aquí
El resto lo hará tu corazón
No hay nada que no puedas conseguir
Si vuelas alto

Hay mil sueños de colores
No hay mejores, ni peores
Solo amor, amor, amor y mil canciones
Oh
(...)

Mimowolnie się uśmiechnęła i przypomniała sobie pierwszy występ. Występ, na którym całe Studio śpiewało. Muzyka to jej całe życie...

Kiedy nareszcie wylądowali, Francisco głośno jęknął rozmawiając przez telefon.
- Co się stało? - zapytała Violetta.
- Już zaczynają! - krzyknął i zaczął ciągnąć dziewczynę w stronę parku, a za nimi Francesca.
Na ceremonii pojawili się w ostatniej chwili, ale każdy ich zauważył.
- Violetta - chodziły szepty, a dziewczyna tylko uśmiechnęła się w stronę taty, który po raz pierwszy od kilku lat zobaczył ją.
Widząc dziewczynę Ludmiła i Federico z gitarą zeszli ze sceny i wciągnęli brunetkę.
- To twój ojciec, co nie? - zapytał uśmiechnięty Włoch.
- Ale kto będzie... - zaczęła Violetta i ujrzała chłopaka z ciemnymi włosami, który zabrał gitarę Federico'owi.
- Przez ostatnie lata wygrywałem wyścigi motocross, ale czasami trochę grałem na gitarze, więc...
- Może szybciej? - usłyszeli z tłumu.
- Co śpiewamy? - zapytała cicho Violetta.
- Nuestro...
- ...Camino - dokończyła brunetka i oboje stanęli na scence.
Gdy zaczynali śpiewać, a panna młoda - Esmeralda zmierzała ku ołtarzowy i kiedy przyszło powiedzieć German'owi "Tak", ujrzał wśród tłumu znajome blond loki, których jego i Violettę przyprawiło o miłe wspomnienia.
Utkwił w niej swój wzrok i nawet nie słyszał co do niego mówią.
Ten dzień zmienił życie wielu ludziom.

Obserwatorzy