środa, 29 października 2014

Rozdział pierwszy


Rozdział dedykowany Pingwinowi 

Dzień pierwszy: 

***
V.

Godzina: (nieznana)

Do końca drogi pozostało już...
Nie wiem ile, ale podobno niedaleko. Dla mojego bezpieczeństwa nie znam jeszcze wielu szczegółów. Jestem tak zmęczona, że powieki już same mi opadają. Nawet gdybym chciała zasnąć, to mi się nie uda. Wciąż się boję, nie czuję się bezpiecznie.
Leciałam już samolotem i jechałam pociągiem. Teraz przyszła kolej na samochód. Myślę jednak, że to koniec przesiadek.
Za oknem widać tylko polany. Nie wiem, co będzie. Chyba jedziemy do jakiegoś małego miasteczka. Od zawsze mieszkałam w dużym mieście. Nie powinnam mówić w jakim.
Zaczynam nowe życie.
Czy prosiłam o to? Nie.
Czy chcę tego? Raczej nie.
Czy to bezpieczniejsze? Niestety tak. Podobno...
Wystarczy przypadkowo być świadkiem morderstwa, a takie atrakcje na pewno macie jak w banku.

***
- Annie Wilson. Pasuje? - zapytał policjant, kiedy wyszłam z samochodu.
Wzruszyłam ramionami i kiwnęłam głową.
Po chwili rozejrzałam się i stwierdziłam, że miałam rację. Małe miasteczko.
To nie jest miejsce dla mnie.
Ale dla Annie musi być.
- ...wszystko poszło zgodnie z planem. Obiekt jest na miejscu - usłyszałam.
"Obiekt".
Annie Obiekt Wilson.
Co ja będę tu robić? Ile potrwa im znalezienie tego mordercy? Na te pytania na pewno istnieją jakieś odpowiedzi. Jednak teraz ich nie poznam.
- Gotowa? - Policjant stanął na przeciwko mnie. Ciekawe czemu wybrał taki zawód? Ściganie bandytów go interesuje? Potrzeba sprawienia, aby ten świat "był lepszy"?
- Naprawdę to jest konieczne? - palnęłam. - Nie lepiej było mnie umieścić w Nowym Jorku? Tam jest dużo ludzi.... Są sklepy, kina, teatry... A tu... Jak tu można żyć? Mieszkańcy pewnie nie wiedzą co to Internet albo telefon komórkowy. Kim są w ogóle ludzie u których mam mieszkać? A co jak oni są szaleńcami i...
- To moi rodzice - wyjaśnił, a ja poczułam jak mi się gardło zaciska.
- Prze-pra-szam - wyjąkałam i spuściłam głowę. Nie sądziłam, że już od samego początku będzie mi tak głupio...
Wzrok miałam wbity w swoje trampki. Jak to dobrze, że nie wkładałam jakiś eleganckich butów, tak jak mi radził policjant. Nie nadawałyby się tutaj. W podziękowaniu obrażam dom jego rodziców.
Dobry początek znajomości.
- Nic się nie stało - mówi po chwili - i bez obaw, są całkiem mili... Na pewno matka, ojciec może już mniej... I niestety wiedzą co to Internet i telefon komórkowy.
- Niestety? - pytam i podnoszę głowę.
Brunet się lekko uśmiecha.
- Potem zobaczysz... - stwierdza. Znaczy... pani - poprawia się. - Przepraszam. - Nerwowo chwyta się ręką za tył głowy.
- Violetta. - Przedstawiam się i wyciągam do policjanta rękę. Ten jednak patrzy na mnie i po chwili zdaję sobie sprawę w czym tkwi problem. - Annie.
- Leon. - Lekko ściska moją rękę i uśmiecha się. - I.... tu nie jest aż tak źle... Sam spędziłem w tym mieście trochę lat...
Czuję jak moje kąciki ust lekko się podnoszą, ale wciąż czuję, że wolałabym być teraz w domu.

***
L.

Godzina: 10:06

Wchodzę do kuchni i czuję zapach kawy. Rozglądam się chwilę po pomieszczeniu i stwierdzam, że jestem
sama. Podchodzę do szafki i wyciągam kubek. Stawiam go na blacie i nalewam do niego kawy z dzbanka. Przymykam oczy, ale po chwili je otwieram.
Wyjechał. Tak po prostu.
Jakby nigdy nic.
Praca jest ważniejsza. Na dodatek nie mógł mi powiedzieć, gdzie jedzie. Dla mojego "bezpieczeństwa". Zostanie tam niewiadomo ile czasu. Z jakąś nieznaną dziewczyną. W najcięższym momencie mojego życia. Ściskam dłońmi kubek, ale po chwili mi upada i roztrzaskuje się o ziemię.
Po policzkach spływają mi łzy i czuję ból w nodze. Patrzę na nią i widzę krew. Zaciskam usta i szukam w wzrokiem jakiś chusteczek czy materiału...
- Ludmiła?! - słyszę krzyk i odwracam się w stronę drzwi. Nawet nie zauważyłam, że Lucas wszedł. - Co się stało? - pyta i podbiega do mnie.
- Nic - odpowiadam. - Kubek mi spadł i...
Patrzy na mnie z niedowierzaniem, ale po chwili lekko kiwa głową.

***
V.

Godzina: 16:02

Nie jest tu źle...
Jest bardzo źle.
Jestem teraz w "kawiarni", czy restauracji... W jedynym lokalu, w którym można tu coś zjeść, zamówić... Patrzę na telefon wiszący na ścianie. Chciałabym zadzwonić do taty, Angie... Albo przyjaciół. Wyjechałam bez żadnego pożegnania. W pracy mam wzięty urlop, ale jak długo mnie nie będzie, to i tak mnie zwolnią, że nie pracuję. I tak już pewnie przez zostawione zlecenia, moje stanowisko stoi pod znakiem zapytania.
A gdyby tak...
- Nie - słyszę nagle i patrzę w stronę Verdas'a. Patrzy na mnie poważnym wzrokiem.
- Zapomniałam, że mnie obserwujesz - westchnęłam.
- Nie obserwuję, pilnuję, abyś nie zrobiła żadnej głupoty - wyjaśnił.
- Podać coś? - Podchodzi do nas kelnerka i się pyta.
- Latte - odpowiadam.
- Przepraszam, ale serwujemy tylko zwykłą kawę...
- Niech będzie.
- A pan? - pyta kelnerka, a po chwili krzyczy: - Leon?!
- Lena?
Wstaje i przytula dziewczynę. On kogoś zna. A ja?
- Wróciłeś do domu? - pyta się uradowana.
- Powiedzmy.
- Na długo? - dopytuje się.
- Jeszcze nie wiem - odpowiada. Szkoda, myślę.
Po chwili zaczynają wspominać szkolne lata, a ja stwierdzam, że o mnie zapomnieli i niezauważalnie wychodzę z lokalu. Patrzę na samochody stojące na parkingu. Wiem, że muszę tu zostać. Ale gdybym tak się skontaktowała z kimś i powiedziała, że nic mi nie jest... Zniknęłam z dnia na dzień.
Ruszyłam w stronę "centrum" miasteczka , przy okazji szukając po drodze budki telefonicznej.
Przecież nic się nie stanie jak zadzwonię do dwóch osób.

***
L.

Godzina: 19: 49

Trzy godziny na ostrym dyżurze i noga w bandażu. Lepiej być nie mogło. Los chyba chce, żeby mi się nie układało w życiu.
Usłyszałam pukanie do drzwi.
- Proszę.
- Lusia. - Lucas wszedł do środka i lekko się uśmiechnął. Podszedł do mojego łóżka i wtedy zauważyłam, że trzyma coś w ręku. - Jak się czujesz?
Wzruszyłam ramionami.
- Fizycznie czy psychicznie?
- Mam coś dla ciebie - powiedział nagle i wyciągnął w moją stronę jakieś pudełko.
- Co to?
- Otwórz.
Zrobiłam to, co kazał i wyjęłam przedmiot z pudełka. Trzymałam w ręku kubek.
- Serio? - zaśmiałam się. - "Co cię nie zabije, to cię wzmocni" - przeczytałam napis i dostrzegłam jak Lucas się uśmiecha. - Jednak jesteś idiotą - stwierdziłam po chwili i lekko szturchnęłam go w ramię.
- No co? Na stanie było minus jeden kubek, musiałem coś zrobić. - Wzruszył ramionami. - A teraz na poważnie - powiedział po chwili i wyjął mi z dłoni przedmiot. Postawił go na szafce i spojrzał na mnie, jakby chciał coś wyczytać z mojej twarzy. - Co się dzieje, Lu?
- Co ma się dziać? - udałam, że nie rozumiem, ale wiedziałam o co mu chodzi.
- Coś się dzieje, a Leon wyjechał.
Pokręciłam głową.
- Przykro mi, Lucas, ale to nie twoja sprawa...
- Nie moja? - powtórzył cicho i zacisnął usta. Odwróciłam wzrok.
- Nie - szepnęłam.
- Myślałem, że się przyjaźnimy, Lu - westchnął. - Dzwonił chociaż do ciebie?
- Nie - odpowiedziałam i ścisnęłam dłonie w pięści.
- A ty?
Nie wytrzymałam i spojrzałam na niego. Po co mi zadaje te pytania? Oczekiwałam, że będzie się kpiąco uśmiechać, jak zawsze ale na jego twarzy nie było żadnych emocji. Nie był zły, rozczarowany, szczęśliwy, taki jak zawsze, gdy zaraz powie coś z sarkazmem.
- Nie odbiera, ale... - zaczęłam mówić, ale on po prostu wyszedł z mojego pokoju. Po chwili usłyszałam trzask drzwi .

***
V.

Godzina: 21:12

Nie ma. Nigdzie nie ma telefonu. A ja siedzę w tutejszej imprezowni. Muszę przyznać, że tu nie jest może tak źle. Ludzie naprawdę się bawią i dobrze czują w tym miejscu, ale jednak nie mogłabym tu zamieszkać. Nie i koniec kropka.
- Skąd? - pyta nagle barman.
- Aż tak widać, że tu nie mieszkam?
- Trochę. Wszyscy jak tu przychodzą to się bawią.
Uśmiechnęłam się lekko.
- Więc...? - dopytuje się.
- Powiedzmy, że z trochę większego miasta - odpowiadam.
- To taka tajemnica? - śmieje się. - Co cię tu sprowadza?
Czyli wywiad. Musiał kiedyś nastąpić. Przypominam sobie wszystko po kolei, co miałam mówić w takiej sytuacji.
- Jestem tu na urlopie. Ze znajomym, który jest stąd - recytuję.
- Jak ma na imię? Może go znam.
- Leon. Leon Verdas.
Patrzy na mnie i po chwili kiwa lekko głową.
- I jesteś jego znajomą? - pyta z niedowierzaniem.
- Tak - potwierdzam.
Mam wrażenie, że mi nie wierzy, ale po chwili wyciąga w moją stronę rękę.
- Marco.
- Annie.
- Miło poznać jakąś znajomą Leon'a z wielkiego miasta... - dodaje z niewyraźnym wyrazem twarzy.
- Nie lubisz go - zauważam.
- Skąd ten pomysł?
- Powiedzmy, że widać to po twoim zachowaniu - odpowiadam, a on kiwa głową.
- Uważaj na niego - ostrzega mnie.
- Co masz na myśli?
- Albo nie... Mogę się mylić - dodaje po chwili. - W końcu cię tu przywiózł. To trochę dziwne. Chyba nasz Verdas właśnie znalazł swoją miłość.
- Annie - słyszę za sobą. Wciąż nie mogę się przyzwyczaić do nowego imienia. Nowej tożsamości. Odwracam się i widzę za sobą policjanta. Spogląda na Marco i po chwili mówi do mnie: - Chodźmy stąd...
- Ale... - zaczynam, ale widząc jego wyraz twarzy bez słowa wychodzę za nim z lokalu. - W czym problem?
- Zniknęłaś. Chcesz, żebym miał problemy? A co jakbyś się zgubiła?
Kręcę przecząco głową i ruszamy w stronę jego starego domu. Wniosek jest taki, że nie mogę nic tu sama robić. Nie takie były zasady. Nie było o tym mowy. Verdas coś ukrywa, tu chodzi o jego stare życie tutaj, a nie o mnie.



♥@♦#♣$♠%•^◘&○*
I. Rozdział bez korekty - przepraszam.
2. Półtora roku ma... blog! O ile czegoś nie pomieszałam, ale na pewno 29 - urodziny bloga :D
3. [Love is an illusion chwilowo zablokowany, bo szablonu szukam i znowu stan bloga to wysypisko śmieci].
4. Nowe opowiadanie - zależy czy bd się podobać itd., trochę takie pogmatwane, za dużo dialogoów - jak już bd kontynuowała opowiadanie to będzie więcej treści, opisów.
5. Dziękuję wszystkim co pamietali o głupiej Teddy ^-^
6. Jak będę kontunować historię to rozdziały tak raz na tydzień? Szkoła itd., zależy.
7. Jak miałam wejść na czyjiś blog to pewnie to zrobiłam, ale niekoniecznie coś skomentowałam - poprawię się. OBIECUJĘ. Wiem, że zawsze obiecuję, po prostu czasami nie wyrabiam z życiem że tak to ujmę... xD 

I teraz zależy czy ktoś wgl. chce to czytać. Jak nie to i tak kiedyś tam opublikuję OS'a + jest ten nieszczęsny blog Love is an illusion xD

Teddy ^-^

[Źródło zdjęć: tumblr.com] 

czwartek, 26 czerwca 2014

One Shot:"Najjaśniejsza gwiazda" | Autor: Teddy



W tym ro­ku jes­tem gwiazdą, ale kim będę w następnym? Czarną dziurą?  - Woody Allen

Jesteś ciemnością. Pustką. Głęboką otchłanią. Coś jak czarna dziura.
- Jestem czarną dziurą. - Każde słowo zawierało inną nutę. Żalu, złości, rozpaczy.
"Jestem" takie żałosne.
"Czarną" jakby nie było mnie stać na choć kroplę koloru tęczy.
"Dziurą". Jak to jest być dziurą? W dziury ludzie wpadają i chcą się z nich wydostać.
Idealne ostrzeżenie dla ludzi. Ktoś powie "Cześć, jestem Sophie", a ja odpowiem "Hej, miło mi cię poznać. Ja jestem czarną dziurą".
- Co to czarna dziura? - usłyszałam cieniutki głosik za sobą. Przygryzłam wargę. Mała Christina. Ciekawska świata, urocza, ma delikatny głosik i kocham ją najmocniej na świecie. Nawet nie wie jak bardzo ją kocham, a tej miłości jest bardzo dużo, bo mam tylko ją. Każdego dnia staram się, aby miała dobre dzieciństwo. "Dobre". To chyba złe słowo. "Aby nie rozwalić jej dzieciństwa bardziej" jest chyba lepsze.
To zabawne jak dzieci tak mało rozumieją, ale czują bardziej. Jedyna ciotka chciała się podszywać pod jej matkę. Christina wbrew pozorom jest mądrzejsza od tych wszystkich głupich ludzi. Sama ją podziwiam, a ma ledwo siedem lat.
Czasami ona ma koszmary, a czasami ja mam.
Oczywiście to bzdura, którą jej wmawiam. Każdego dnia śni mi się to samo, ten sam ból, każdego dnia budzę się z dreszczami i ostrym bólem w gardle. Jakby... ktoś mnie dusił. Nie chcę nic mówić, nie cieszę sie z tego faktu, ale mam wrażenie, że rodzice nie zniknęli ot tak. To ma jakiś głębszy sens. "Zniknęli". Sama siebie oszukuję, ale tak mi po prostu łatwiej. Łatwiej, okej?
- Czarna dziura, Chris, jest we Wszechświecie. - Zobaczyłam ten znajomy błysk w jej oku. Kochała kosmos. Ma siedem lat. Ciekawska świata. Mówiłam juz o tym? Jest moim Słońcem, chociaż moje stwierdzenie się z tym gryzie, bo czarna dziura pochłania światło. Sama nie wiem w co wierzyć, ale czasami naprawdę myślę, że pochłaniam jej radość. Nie znoszę tego. Po prostu jestem smutna i wciąż czuję tą pustkę. Tylko ona mi daje radość, ale w ostatnim czasie tęsknota za rodzicami bardzo mi doskwiera. Jest mi ciężko i czasami tracę wszelką nadzieję, że uda mi się tak dalej żyć. Czasami budzę się z tego koszmaru i jestem cholernie na nich zła. Zła, że mnie z nią zostawili. Muszę być za nią odpowiedzialna, a ledwo co jestem już dorosła. Nie jestem dorosła. Nie czuję się tak. Emocjonalnie nie jestem dorosła. Co z tego, że mam osiemnaście lat.
Ale wtedy uświadamiam sobie, że gdyby Chris nie było to mnie by nie było. Ona sprawiła, że się nie stoczyłam i mam czym się martwić. Nie myślę o tym aż tak często. Dzięki niej.
Czasami też zastanawiam się, co bym teraz robiła, gdyby rodzice byli tu ze mną. Nadal.
To wszystko się kończy jednym - oglądaniem zdjęć i "wodą w oczach". Alergia. Na kurz. Powiedzmy.
Chris chwilę się mi przyglądała. Patrzyła na mnie tymi swoimi wielkimi niebieskimi oczami.
- Jesteś najjaśniejszą gwiazdą na niebie, Lu - powiedziała po chwili i uśmiechnęła.
Ja tylko otworzyłam lekko buzię, kiedy dotarł do mnie sens słów. Zanim zdołałam cokolwiek powiedzieć, ta w podskokach opuściła pokój. Uśmiechnęłam się tylko pod nosem i zadzwoniłam do koleżanki Natalii, która robiła czasami za nianię Chris. Ona ją lubi. Ja ją lubię. Wszyscy szczęśliwi. A ja muszę gdzieś wyjść, więc jest mi pilnie potrzebna.

Szłam przez uliczki Madrytu uśmiechając się do przypadkowych osób. Tak już mam. Nie wiem. Dlaczego. Słowa...
Ja?
Najjaśniejszą gwiazdą?
Żart nad żartami, ale co on robi z moją siostrą?
Ma na imię Federico. Wysoki, przystojny Włoch, rozmawia z moją siostrą o kosmosie. To jej taki przyjaciel. Mój też. No, chyba... Pomagał mi czasami. Poznałam go z Chris w planetarium. Od razu mu zaufała. Od razu złapał z nią kontakty. A pamiętam, że to był ciężki okres w naszym życiu. Jego początek. Wciąż nie wiem kiedy on się skończy. I czy kiedyś się skończy. Czasem jest lepiej. Ale czasem jestem na skraju psychicznego i fizycznego załamania.
Tego samego dnia, co "siostry Ferro" spotkały Federico'a, ten zaczął od razu dyskutować z sześciolatką o kosmosie. Z sześciolatką. Wtedy mnie jej inteligencja poraziła. Ale nie o to chodzi. W pewnym momencie, Włoch wyprosotwał się, spojrzał w moje oczy i powiedział:

- Stać naprzeciwko ciebie to... jak kosmos. Jesteś jedną z najjaśniejszych gwiazd.

- Wciąż tak się czuję - usłyszałam szept w prawym uchu i gwałtownie podskoczyłam.
- Federico - syknęłam, a on się uśmiechnął.
- Tak?
- Chris... Mówiłeś... Coś o mnie? Czy...?
- Tylko prawdę. - Zaśmiał się.
Wciągnęłam głęboko powietrze. Poczułam zapach świezego chleba. Staliśmy przy piekarni rodziny Federico. Sama nie zauważyłam, kiedy tu doszłam.
Świadomie, nieświadomie, blisko niego...
- Nie mów jej o mnie. Proszę.
- Ale dlaczego?
Westchnęłam i przymknęłam na chwilę powieki. Powinnam się dalej cieszyć, jak się cieszyłam kilka minut temu, ale trzeba się obudzić z tego snu, prawda? Prawda?
- Po prostu. Nie mów.
- Przepraszam.
- Nie masz za co.
- Mam - powiedział twardym tonem. Jak nie on. - Byłaś radosna, a znowu jesteś smutna. Przeze mnie.
- Nie, Fede. To nie tak.
- A jak? Lu, widzę co się dzieje.
- Nie. Nikt nie widzi. Nikt nie jest w stanie zrozumieć. - Głos mi się załamywał.
- Nawet ja?
- Nawet ty.
Zobaczyłam jak zaciska wargi.
- Pozwól mi sobie pomóc.
Położył swoją dłoń na moim policzku i przejechał po nim swoim kciukiem.
- Jest mi trudno, Fede - szepnęłam.
- Wiem.
- Dlatego nastrój mi się zmienia. Budzę się ze snu. Minął ponad rok, Fede... Ja nie daję rady. Każdy dzień jest taki sam - załkałam. Moje oczy wypełniły łzy. Tysiątki łez. Znowu. - Alergia... - szepnęłam.
Federico spojrzał w moje zapłakane oczy i mocno mnie do siebie przyciągnął. Przytulił mnie tak, że bardziej chyba się nie dało. Jeszcze trochę, a by mnie udusił. Może chciałam tego. Aby mnie udusił. Ktoś miły, znajomy mnie dusi w jakże piękne popułudnie pod jego rodzinnym biznesem. Bredzę, bredzę. Wiem to. Objęłam go wokół szyi, a oczy przycisnęłam do jego policzka. Ciepłego policzka. Moje łzy. Poczułam jego dotyk na moich włosach, a potem jak mi szepcze do ucha:
- Będzie dobrze.
Zawsze "będzie dobrze", ale w tym momencie te słowa nabrały jakiejś szczególnej siły.
Nie wiem ile tak staliśmy. Nie pamiętam. Myślę... Myślę, że chciałam, aby ta chwila trwała wieczność.

Kiedy mnie puścił, chwycił moją rękę i zaczął ciągnąć w nieznaną mi stronę.
- Od kiedy koło targu jest uliczka? - zapytałam.
- Od zawsze - odpowiedział roześmianym głosem. Uśmiechnęłam się od nosem i spróbowałam opróżnić swój umysł. Myślenie o tym, jak jest ciężko w niczym mi nie pomoże.
- Gdzie my idziemy? - odezwałam się nagle, a potem ugryzłam w język. "My" zabrzmiało jakbyśmy byli parą czy coś w tym stylu.
- Niespodzianka.
- Nie lubię niespodzianek.
- Lubisz. - To prawda. - Zamknij oczy - powiedział nagle.
- Co? Po co? Nie! - zaczęłam się sprzeciwiać.
- Nie ufasz mi?
Już otworzyłam buzię, aby coś odpowiedzieć ale po chwili po prostu zamknęłam powieki. Choć nic nie widziałam, czułam, że się uśmiecha. Może jestem wiedźmą?
Fede prowadził mnie po jakiś schodach. Może chce mnie zrzucić z wieży? Na pewno, Lu. Trzymał mnie delikatnie, a jednocześnie mocno (pewnie tak się nie da, ale takie miałam odczucie) za dłonie, abym nie spadła. Kiedy się zatrzymaliśmy, poczułam powiew powietrza.
- Federico? - zapytałam, ale nie otrzymałam odpowiedzi. - Fede? - powtórzyłam. Znowu to samo.
Podniosłam powieki.
- Taaa-daam! - Federico stał przede mną i machał rękoma. Zaśmiałam się.
- Gdzie jesteśmy?
- W miejscu, w którym możesz się poczuć jak ptak! Wolny ptak!
- Na dachu? - zapytałam, rozglądając się.
- Psujesz, Lu, psujesz - powiedział kręcąc głową. Uśmiechnęłam się lekko.
Gdyby ktoś teraz zapytał, kim dla mnie jest Federico... chyba nie umiałabym odpowiedzieć.
- Chodź bliżej - zachęcił mnie chłopak, chwytając mnie za dłoń. - Tylko ostrożnie - dodał. - Oto widok na cały...
- Madryt - dokończyłam zszokowana. Kocham to miasto. Wiem, że ma swój urok, ale tutaj... Widok nie do opisania...
Stojąc na dachu... Patrzeć z takiej wysokości... Federico ma rację, to jak byc wolnym. Znikają problemy...
- Lu...
- Dziękuję. - Dostrzegłam na jego twarzy uśmiech. Odwróciłam się w jego stronę. - Naprawdę.
Podszedł tak blisko, że czułam jego oddech na mojej szyi. Widziałam dokładne rysy jego twarzy, promienny uśmiech, potargane od wiatru ciemne włosy... Brązowe oczy. Jak... czekolada. Dosłownie. Kto by nie chciał utonąć w czekoladzie? A kto by nie chciał utonąć w jego oczach...
Nachylił się nade mną.
- Fede... - wyjąkałam, ale albo nie usłyszał, albo sie tym nie przejął.
Przycisnął swoje usta do moich warg i zaczął delikatnie mnie całować. Poczułam jak moje całe ciało ogarnia miła fala ciepła. "Wolny ptak". "Najjaśniejszą z gwiazd". To nie tylko słowa. One mają znaczenie, głębsze znaczenie. Federico położył dłoń na moim policzku, a ja przeczesałam ręką jego włosy. Przechylił swoją głowę, aby pocałować mnie głębiej. "Możesz się poczuć jak ptak". Czułam się, jakbym mogła spokojnie skoczyć z dachu i wznieśc się, jakbym miała skrzydła.
Nie tylko oczy Fede są jak czekolada. On sam jest jak czekolada, ale nie jak z wyglądu. Spróbujesz, chcesz więcej. Poznasz Federico'a, chcesz go poznać bardziej.
Delikatnie go od siebie odsunęłam i spuściłam głowę.
- Przepraszam - usłyszałam i spojrzałam w stronę miasta. W okolicy nad jednym z domów unosił się dym. Unisołam wzrok i zmarszczyłam brwi. - Lu? Przepraszam... Ja... - Znam ten budynek. - Nawet nie wiesz jak bardzo mi na tobie zależy...
Wydałam z siebie zduszony okrzyk.
- Christina! Chris! - krzyknęłam w rozpaczy i dopiero wtedy spojrzałam na Federico'a. - Dom... Pali się... - Upadłam na kolana. Łzy zaczęły mi wypływać z oczu. Muszę tam biec.
Nie mam siły... Nie jestem w stanie.
- Ludmiła!
Zagryzłam wargę i jakoś się podniosłam. Podeszłam do krawędzi dachu i przymknęłam oczy.
- Żegnaj, Federico - wymamrotałam, a po chwili poczułam ból.
Dosłownie mnie powalił do tyłu.
- Oszalałaś! - zaczął się wydzierać. - Nic jej nie będzie! Wstawaj! - Pokiwałam głową. Nie chcę. Chcę. Nie. Nie chcę, ale muszę. Chwyciłam rękę, którą mi podał Federico i oboje opuściliśmy budynek w szybkości światła.
Biegliśmy jak oszalali w kierunku domu, ale z każdą mijaną uliczką chciałam wracać.
Bałam się najgorszego. Że coś się stało i Christina... Ona też mnie opuści. W ten sam sposób...
- Nie chcę, Fede... - jęknęłam, ale on tylko mocno chwycił mnie za rękę i zaczął mnie ciągnąć, a przez to, że bardzo szybko biegł, też musiałam, bo bym się zaraz wywaliła.
Będzie dobrze. Chris nic nie jest.
- To moja wina! - krzyknęłam. - Gdybym nie wychodziła...
- Ludmiła! - Federico chwycił moje ramiona i mną lekko potrząsnął. - Na pewno się ewakuowały - powiedział spokojnym głosem, ale wiedziałam, że nie ma stuprocentowej pewnosci. Nigdy nie można jej mieć.
- Rodzice nie zdążyli - powiedziałam cicho, a on smutno na mnie spojrzał.
- Chodź. - Dalej mnie ciągnął w stronę budynku.
Kiedy dobiegliśmy na miejsce, zaczęłam nerwowo szukać wzrokiem Chris.
- Nie ma jej! Nie ma jej, Federico! - Zakryłam usta dłonią i dalej płakałam. Objął mnie lekko ramieniem, ale po chwili pobiegł w stronę strażaka. Ruszyłam za nim.
- Nie można wejść do budynku - powiedział strażak. - Są w nim jeszcze ludzie.
- Kto?
- Dwunastoletni chłopiec, po którego poszli i młoda kobieta z siedmioletnią dziewczynką... - Poczułam znajomy ucisk w gardle. Ten, z kórym co dzień się budzę.
- Ewakuujecie je? - zapytał Federico.
- Nie wiem. Jest...
- Jak to pan nie wie?! - wydarł się. - To ludzkie życie!
- Jest niebezpiecznie...
- A jak ma być?!
- Proszę o spokój... - wtrącił się policjant.
Czułam jak... umieram. Nienawidzę ognia... Stracę całą rodzinę... W ogniu...
Federico spojrzał na mnie i podszedł do mnie.
- Drugie piętro, trzecie okno, tak? - zapytał.
- Po co ci to? - wymamrotałam przez łzy.
- Idę tam - powiedział nagle. - Jak oni...
- Nie.
- Lu, idę...
- Nie - powtórzyłam i zacisnęłam wargi.
- Dlaczego? - Spojrzał mi w oczy. - Tam jest...
- Christina. Tak, wiem.- Zacisnęłam pięści. - Ale nie mam gwarancji, że stamtąd wyjdziesz.
- Ale...
- Po prostu zostań.... Dowiedz się czegoś... - powiedziałam tak spokojnym głosem, że sama się sobie dziwię. Może dlatego, że miałam tak szalony plan... - Zapytaj jeszcze raz... Gaszą pożar... - Pokiwał głową..
- Obiecaj mi, że tu zostaniesz.
- Co?
- Obiecaj mi, że nigdzie się nie ruszysz i tu zostaniesz. - Chwycił moją dłoń, a ja zamarłam.
- Dobrze...
- Obiecaj.
- Obiecuję.
Przymrużył oczy, opuścił moją dłoń i podbiegł do strażaka.
- Wybacz, Federico - szepnęłam
Wzięłam głęboki oddech, oceniłam sytuację i pobiegłam do innej strony budynku. Zwinnie prześlizgnęłam się przez taśmę  i ominęłam ludzi.
Nikt mnie nie zauważył. A czy na szczęście... Później to wyjdzie.
Weszłam przez piwnicę do budynku. Nikogo nie było, było czuć trochę dymu. Kiedy wyszłam na klatkę schodową, zakręciło mi się w głowie. Nie było nic widać. Zakryłam dłonią usta i starałam się oddychać przez nos. Wbiegłam po schodach na drugie piętro.
Stamtąd wydobywał się dym... Miałam ochotę zacząć krzyczeć. Nie mogę jej stracić. Nie mogę. I to w ten sam sposób...
Drzwi do mieszkania płonęły. Dosłownie. Języki ognia otaczały wejście do niegdyś bezpiecznego miejsca. Strażacy próbowali ugasić ogień, ale to szło zbyt wolno, bo w środku się paliło.
Nie ma ratunku. Nie ma. Nie ma. Znowu.
- Co pani tu robi? - usłyszałam.
Kolana mi się ugięły.

Odgłos syren wozu strażackiego.

Upadłam na ziemię.

Pędęm zaczęłam wracać do domu.

Nie miałam siły.

Zaczęłam szukać rodziców.

Dym jakby wypełnił mi całą podświadomość...

- Pożar zaatakował dwa mieszkania, z których nikt nie wyszedł. Ogień jest zbyt duży. Numery tych mieszkań to 11 i 12 - powiedział strażak.

Ja mieszkałam z rodzicami w mieszkaniu numer 12.
- Ludmiła!

- Nie żyją.

Ogień.

Smutny wzrok sąsiadki

- Lu!

- Będę twoją nową mamą - słodziutki głosik ciotki, która nas nienawidziła. Nagle się pojawiła.

- Ludmiła...

- Kiedy rodzice wrócą? - Mała Chris patrzyła się na mnie swoimi dużymi oczami.

Nigdy.
- Ja wezmę małą, błagam uratujcie Lu - usłyszałam żałość i rozpacz w głosie.
- Federico? - szepnęłam cicho chrypliwym głosem i rozchyliłam powieki.
Widziałam tylko ogień. Zaczęłam kaszleć i się dusić. Coś mnie chyba walnęło, bo poczułam ostry ból brzucha i ręki. Nie czułam prawie nóg.
Nie czułam już nic.
- Ty i ja na jednej planecie...
Czułam jak moje powieki się zamykają.

Obserwatorzy